Na Islandii jest wiele wodospadów. Niektóre spadają z wysokich klifów, inne rozbijają się o czarne skały wulkaniczne, jeszcze inne wściekle walczą o przestrzeń w wąskich kanionach. Ale Hraunfossar jest inny. Tu woda nie spada z góry – ona wypływa. I to w miejscu, gdzie nikt by się jej nie spodziewał.
Hraunfossar – w tłumaczeniu „Wodospady Lawy” – to nie jeden wodospad, ale cała zasłona strumieni. Setki, może tysiące cienkich nici wody wypływają wprost ze ściany lawy, z porowatych skał, które wyglądają jak gąbka. Strużki wiją się po czarnym kamieniu, zbiegają, łączą, rozdzielają i w końcu opadają do rzeki Hvítá, która płynie u stóp klifu. A wszystko to dzieje się przez kilkaset metrów długości.
Stojąc naprzeciwko tego miejsca, można odnieść wrażenie, że ziemia płacze – ale nie ze smutku. Raczej z nadmiaru życia, które musi gdzieś ujść. Woda przesącza się przez warstwy lawy, która powstała w erupcji jednego z okolicznych wulkanów. Przez wieki woda znalazła sobie drogę na zewnątrz – setki dróg, każdą inną. I tak powstało to, co dziś nazywa się Hraunfossar. Ta lawa nie jest zwykła. Pochodzi z olbrzymiego wybuchu, który zmienił krajobraz na zawsze. Dziś, gdy patrzy się na porośnięty mchem potok skalny, trudno wyobrazić sobie ogień, który tu płynął. A jednak pod tą zieloną i czarną powierzchnią wciąż coś drży – nie ogień, ale woda, która nie przestaje szukać ujścia.
Hraunfossar jest żywym dowodem na to, że Islandia nigdy nie śpi. Woda, która wypływa z lawy, jest krystalicznie czysta. Nie ma w niej mułu, nie ma osadów. Przesiąkając przez kamień, zostawia wszystko, co niepotrzebne, i pojawia się na powierzchni jako coś nieskazitelnego. Kontrast, który uderza najbardziej, to barwy. Czarna lawa, soczyście zielony mech, błękitna woda i biała piana u podstawy. Nad tym wszystkim niebo – islandzkie, zmienne, raz szare, raz przeszywająco błękitne. W słoneczny dzień na wodzie pojawiają się refleksy, które sprawiają, że każda strużka wygląda jak srebrna nić.
A gdy słońce chowa się za chmurami, cały krajobraz staje się monochromatyczny – czarno-szaro-biały jak fotografia z innej epoki. I wtedy Hraunfossar nabiera surowości, która przypomina, że to miejsce nie zostało stworzone dla ludzi. Ono po prostu jest. Najbardziej niezwykłe w Hraunfossar jest to, że nie słychać go z daleka. W przeciwieństwie do Gullfoss, który grzmi jak rozwścieczone zwierzę, tu woda szepcze. Tysiące cichych głosów, każdy z osobna ledwo słyszalny, razem tworzą delikatny szum. To jakby sama ziemia oddychała – spokojnie, równomiernie, bez wysiłku.
Można stać tu godzinami, patrząc na niekończący się ruch. Każda strużka wybiera własną ścieżkę. Jedna spada prosto w dół, inna wije się leniwie, jeszcze inna znika na chwilę między kamieniami, by pojawić się kilkanaście metrów dalej. Nie ma tu pośpiechu. Woda nie ma dokąd się spieszyć – i tak w końcu trafi do rzeki.
W pobliżu Hraunfossar znajduje się jeszcze jeden wodospad – Barnafoss, „Wodospad Dzieci”. Legenda mówi o dwojgu dzieciach z pobliskiego gospodarstwa, które wpadły do wody i zginęły. Od tamtej pory miejsce to owiane jest smutkiem, a mieszkańcy unikają go po zmroku.
Hraunfossar są jednak inne – nie ma w nich tragizmu. Jest za to spokój, który kojarzy się bardziej z przemijaniem niż ze śmiercią. Woda, która wypływa z lawy, przypomina, że wszystko ma swój cykl. Ogień staje się kamieniem, kamień przepuszcza wodę, woda daje życie mchowi, mech pokrywa lawę. I tak dalej, i tak dalej – bez końca. Gdy słońce zachodzi nad Hraunfossar, strużki wody zapalają się na złoto i pomarańczowo. Czarna lawa ciemnieje, mech traci zieleń, a cały krajobraz zmienia się w obraz jak z innego świata. Można myśleć, że to magia. Ale to tylko Islandia – gdzie woda potrafi wypływać z kamienia.




















