Islandia – kraina między snem a jawą

Islandia to kraina, gdzie surowe piękno krajobrazów splata się z bogatą mitologią i legendami. To miejsce, gdzie ziemia dotyka nieba, a rzeczywistość miesza się z legendą. Potężne formacje skalne wznoszą się nad horyzontem jak biali olbrzymi, którzy postanowili dotknąć nieba. Mgła owija ich zbocza niczym płaszcz, a promienie zachodzącego słońca przebijają się przez chmury, malując krajobraz odcieniami różu i złota. Stojąc na wietrznym wybrzeżu, można poczuć, że ziemia pod stopami tętni życiem.

W islandzkich sagach to nie tylko kraina – to kraina strażników. Według wierzeń, pół-trolle i duchy dawnych mieszkańców obrały sobie te góry i lodowce za dom. Od wieków czuwają nad wyspą, chroniąc rybaków i podróżników. Mówi się, że ich duchy wciąż przemawiają przez szum wiatru i trzask pękającego lodu.

Stojąc tutaj, z dala od zgiełku miasta, można odnieść wrażenie, że jeśli gdzieś istnieje kraina między snem a jawą, to właśnie tutaj – w tej surowej ciszy, przerywanej tylko odgłosem wiatru i kroplami wody spływającymi z topniejącego lodu.

Dla Juliusza Verne’a Islandia była punktem wyjścia do największej przygody w dziejach literatury. W „Podróży do wnętrza Ziemi” profesor Lidenbrock i jego towarzysze zjeżdżają w głąb krateru, by odkryć prehistoryczny świat pełen oceanów, grzybów-olbrzymów i stworzeń, które dawno wyginęły na powierzchni.

Patrząc na szczelinę między skałami, z której unosi się para – geotermalna energia Islandii, przypominająca, że pod tą lodową skorupą naprawdę kipi życie – trudno oprzeć się wrażeniu, że ta historia nie jest tak daleka od prawdy. Ziemia oddycha, a wulkany są jej ustami.

Islandia to kraina skrajności – ogień, woda, ziemia i powietrze spotykają się w jednym miejscu, tworząc krajobraz bardziej magiczny niż jakakolwiek ilustracja z książki. Czarne pola lawy porośnięte zielonym mchem odbijają się od białych czap lodowych, a w oddali widać zarys fiordów. Kontrast jest oszałamiający.

Najbardziej poruszające jest jednak milczenie. Wędrując przez ten dziki krajobraz, słychać tylko własny oddech i chrzęst żwiru lub śniegu pod butami. Gdzieś w dole szumi ocean, a w oddali majaczą góry. Przypomina się islandzka legenda, mówiąca, że lodowce są płaczem olbrzymów, które zamieniły się w kamień.

Islandia ma w sobie coś pierwotnego – coś, co istniało długo przed ludźmi, a przetrwa po nich. To miejsce, które sprawia, że czuje się małość, ale w najlepszy możliwy sposób. Gdy słońce zaczyna zachodzić, cały krajobraz zapłoną pomarańczowym blaskiem. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że jeśli zamknie się oczy i wsłucha w wiatr, usłyszy się głos dawnych mieszkańców – ostrzegających, by szanować ziemię, po której stąpamy.

Islandia to nie tylko wyspa. To brama – nie tylko do wnętrza Ziemi, jak chciał Verne. Przede wszystkim jest bramą do wnętrza nas samych. Bo kiedy staje się twarzą w twarz z czymś tak potężnym i odwiecznym, przestaje się myśleć o codzienności. Zaczyna się myśleć o wieczności.

Gdy krajobraz powoli znika w oddali, wtapiając się w białe niebo, przychodzi myśl, że może kiedyś warto wrócić – nie na powierzchnię, ale w głąb, by sprawdzić, czy naprawdę istnieje tam świat, o którym marzył Verne. A jeśli nawet nie, to i tak warto. Bo samo poszukiwanie – wędrówka przez krajobraz zrodzony z ognia i lodu – jest już podróżą do wnętrza Ziemi. I chyba właśnie o to chodzi.