W październiku, kiedy lato już dawno wyzionęło ducha, a zima jeszcze nie zdążyła zacisnąć swoich lodowych palców na szkockiej ziemi, wyspa Skye (Isle of Skye) zachwyca kolorami. To magiczny czas pomiędzy, kiedy światło jest rzadkie, ale za to jakie — płynne, bursztynowe, rozlewające się po wzgórzach jak roztopione złoto zmieszane z miedzią.
Kolory zachwycają. Niebo nad Skye nie jest zwyczajnie niebieskie — bywa srebrne, ołowiane, czasem rozdziera się na moment i pokazuje fragment turkusu tak intensywnego, że aż boli w piersiach. Czasem też pojawia się mgła — albo blada, ledwo przebijająca się przez chmury, a czasem wyraźna, czarująca kolorami. A ziemia… ziemia na Skye to paleta, której żaden malarz nie byłby w stanie wymyślić. Wrzosy w październiku są już przekwitłe, ale ich purpura nie znika — przechodzi w głęboką, aksamitną czerwień, miesza się z brązami torfowisk, żółcieniami mchów i zielenią, która jest tak soczysta, jakby trawa nie wiedziała, że zaraz przyjdzie zima.
I mgły. Och, te mgły. One są na Skye jak dodatkowy żywioł. Nie spadają na wyspę z góry — one wyrastają z ziemi, jakby sama wyspa oddychała, wypuszczając z siebie białe, gęste westchnienia. Wstają z dolin, pełzną po zboczach Cuillinów, owijają szczyty w bawełniane chusty. W jednej chwili widzi się przed sobą cały krajobraz, a za minutę góry znikają, jakby nigdy nie istniały. I stoi się tam, w tej białej ciszy, i słyszy się tylko własny oddech.
Najpiękniejsze są poranki, kiedy mgła unosi się nisko nad jeziorami, a słońce, jeszcze nieśmiałe, próbuje przebić się przez jej warstwy. Wtedy światło jest rozproszone, delikatne, jakby ktoś rozprowadził je pędzlem po mokrym papierze. Wszystkie kolory stają się bardziej nasycone — zieleń mchu świeci jak szmaragd, wrzosy płoną ciemnym rubinem, a szare skały nabierają ciepłych, ziemistych tonów. Spacer wzdłuż klifów, gdzie wiatr smaga twarz zimnymi dłońmi, a ocean poniżej wali w skały z głuchym, rytmicznym łoskotem, na długo zostaje w pamięci. W oddali majaczyły Storr i Quiraing — te nieprawdopodobne formacje skalne, które wyglądają, jakby olbrzymy zostawiły po sobie zabawki. W październikowym świetle ich twarze były surowe, pomarszczone, a jednocześnie pełne godności.
Na wyspie rozsiane są także świadectwa dawnych czasów. Malownicze zamki, takie jak Dunvegan — najstarszy wciąż zamieszkany zamek w Szkocji, od ponad ośmiuset lat nieprzerwanie należący do klanu MacLeodów, wznoszący się na skalistym cyplu nad zatoką Loch Dunvegan. Nieopodal, na południowym krańcu półwyspu Sleat, wznoszą się romantyczne ruiny zamku Armadale, otoczone subtropikalnymi ogrodami, z widokiem na zatokę i odległe góry Cuillin — dawna siedziba klanu Donald, dziś miejsce, gdzie historia splata się z bujną przyrodą. A w drodze na Skye, na malutkiej wysepce na jeziorze Loch Duich, majestatycznie prezentuje się zamek Eilean Donan — jeden z najbardziej rozpoznawalnych i romantycznych szkockich zamków, połączony z lądem kamiennym mostem.
Krajobraz Skye to nie tylko surowe góry i rozległe wrzosowiska. Na wyspie znajdują się góry Cuillin, które zdominowały obszar wyspy swoimi ostrymi, bazaltowymi szczytami. Ich zbocza poprzecinane są setkami strumieni i wodospadów. Jednym z najbardziej spektakularnych jest Mealt Falls, gdzie woda z jeziora Loch Mealt spada gwałtownie z wysokości 55 metrów wprost do Oceanu Atlantyckiego, tuż obok majestatycznych klifów Kilt Rock, których pionowe, bazaltowe kolumny przypominają faldę szkockiego kiltu. Niezapomniane wrażenie robią również bajeczne Fairy Pools u podnóża Cuillinów — seria krystalicznie czystych, turkusowych basenów połączonych kaskadami wodospadów, które w słoneczny dzień lśnią jak szklane zwierciadła.
Na wyspie, wśród surowego krajobrazu, napotyka się również małe, kamienne cmentarze otaczające stare kościoły, z charakterystycznymi celtyckimi krzyżami, które niczym kamienni strażnicy strzegą spokoju dawnych mieszkańców. Te proste, a zarazem wymowne miejsca są namacalnym świadectwem długiej i burzliwej historii tego zakątka świata.
I zapach. Zapach mokrej ziemi, torfu, soli i czegoś jeszcze — może dzikiego tymianku, może wilgotnej wełny owiec, które pasły się gdzieś na zboczu, zawinięte w swoje kudłate kożuchy.
Skye w październiku to nie pocztówka. To coś więcej — to wyspa, która mówi do siebie szeptem, która pokazuje swoją dziką, nieokiełznaną duszę. Nic więc dziwnego, że pojawiają się głosy, by ten wyjątkowy skarbiec przyrody i kultury docenić w jeszcze szerszej skali — rozważa się nawet nadanie wyspie Skye statusu Światowego Dziedzictwa UNESCO, co podkreśliłoby jej unikalne walory krajobrazowe i kulturowe, choć na razie pozostaje to w sferze planów. Na razie nie ma tu tłumów turystów, nie ma letniego zgiełku. Jest tylko przestrzeń, skały, niebo i ta niesamowita, pełna głębi cisza. Wraca się stamtąd z uczuciem, że zostawiło się tam cząstkę siebie. I wie się, że wyspa wciąż oddycha mgłami, czekając, aż ktoś znów przyjedzie i zanurzy się w jej październikowym, miedziano-srebrnym świetle.
Netografia:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Skye
https://www.bbc.com/news/uk-scotland-highlands-islands-41747913














































































