Sześć dni, które odmieniły naukę. I tysiąc miejsc nazwanych jego imieniem

Gdy 19 czerwca 1799 roku u wybrzeży Teneryfy pojawiła się korweta „Pizarro”, nikt nie spodziewał się, że pokład opuści człowiek, którego nazwisko będzie nosić tysiąc miejsc na Ziemi – i jedno na Księżycu. Alexander von Humboldt, niemiecki przyrodnik, stanął na wyspie w przededniu swojej legendarnej wyprawy do Ameryki Południowej. Miał zaledwie sześć dni – ale to wystarczyło, by na zawsze zmienić oblicze nauk przyrodniczych.

W Santa Cruz de Tenerife przyjął go sam generał Armiaga. Humboldt pisał do brata z zachwytem: „wszystko nas przyjmuje, bez żadnych rekomendacji, jedynie po to, by usłyszeć wieści z Europy”. Ale nie po to przybył, by odpoczywać. Już pierwszego dnia prowadził pomiary astronomiczne i badał temperaturę wody morskiej.

Prawdziwy przełom nastąpił w dolinie La Orotava. Obserwując roślinność zmieniającą się wraz z wysokością, Humboldt dostrzegł coś, czego nikt przed nim nie opisał w ten sposób: rośliny układają się w wyraźne piętra, a każdemu z nich odpowiada określony klimat. To proste spostrzeżenie stało się fundamentem nowoczesnej ekologii i geografii roślin – teorii, która na zawsze zmieniła sposób postrzegania świata przyrody.

Odwiedził też słynne smocze drzewo w ogrodzie rodziny Franchy’ego. Oszacował jego wiek na kilka tysięcy lat i poświęcił mu osobny opis. „Jestem nieskończenie szczęśliwy, że stanąłem na afrykańskiej ziemi, otoczony palmami kokosowymi i bananowcami” – pisał.

Celem wyprawy była jednak wizyta na szczycie Teide. Wspinaczka była wyczerpująca, ale Humboldt dokonał rzeczy niemal niemożliwej – zmierzył wysokość wulkanu z niezwykłą precyzją, co w tamtych czasach było wyczynem na miarę odkrycia nowego kontynentu. Badał warstwy wulkaniczne, prowadząc obserwacje, które doprowadziły go do porzucenia neptunistycznej teorii pochodzenia Ziemi na rzecz teorii plutonistycznej.

Humboldt opuścił wyspę 25 czerwca 1799 roku. Ale to dopiero początek. Wyprawa, która nastąpiła, była odyseją czytaną jak powieść przygodowa. Kajakami przez uprawne regiony doliny Aragua, przez rozlewiska Wenezueli, aż do rzeki Orinoko. Odkrył Kanał Casiquiare – jedyną naturalną drogę wodną na Ziemi łączącą Amazonkę z Orinoko. Badał węgorze elektryczne, których zwłoki wywoływały w nim wstrząsy nawet podczas krojenia na stole sekcyjnym.

Potem Chimborazo w Ekwadorze – wspinaczka bez sprzętu, w butach poszarpanych przez skały, z zerową widocznością, na wysokość 20 565 stóp. Walczyli z odmrożeniami i hipotermią, poruszając się na rękach i kolanach po półkach szerokości dwóch cali. Tam, na szczycie, Humboldt doznał objawienia: „W tym wielkim łańcuchu przyczyn i skutków żadnego pojedynczego faktu nie można rozpatrywać w oderwaniu od siebie” – pisał później. Narodziła się romantyczna wizja natury jako żywego organizmu, w którym wszystko jest połączone.

Dziś jego imię nosi prawie tysiąc miejsc: Prąd Humboldta, Pingwin Humboldta, Szczyt Humboldta, Park Stanowy Humboldt Redwoods, Lodowiec Humboldta, Lilia Humboldta, wapień Humboldta, cztery hrabstwa Humboldt i około dwadzieścia miast od Saskatchewan po Patagonię. Są orchidee Humboldta, kałamarnice Humboldta, skunksy i szkoły. Jest Mare Humboldtianum na Księżycu.

Żadna inna osoba w żadnej epoce nie miała porównywalnej liczby miejsc nazwanych jej imieniem.

Dziwne więc, że prawie nikt dzisiaj nie pamięta, kim był. A przecież w swoich czasach von Humboldt był naukowym odpowiednikiem gwiazdy rocka. Jego książki, liczące setki tomów, cieszyły się taką popularnością, że czytelnicy przekupywali handlarzy, by zabezpieczać egzemplarze prosto z drukarni. Przyjaźnił się z Goethem, Simónem Bolívarem i Thomasem Jeffersonem, który nazwał go „najważniejszym naukowcem, jakiego spotkałem”. Karol Darwin twierdził, że bez Humboldta nigdy nie mógłby wyruszyć w swoją podróż na Beagle ani napisać „O powstawaniu gatunków”. Angielscy romantycy – Wordsworth i Coleridge – przenieśli jego koncepcję natury do swoich wierszy. Ralph Waldo Emerson powiedział, że „uniwersytet, cała Akademia Francuska podróżowały w jego butach”.

To on w pojedynkę umieścił Amerykę Południową na mapie dla zachodnich czytelników. Opracował cały zestaw pojęć – ekosystemy, strefy klimatyczne, linie izotermiczne – które dziś są powszechnie stosowane nawet przez osoby niebędące naukowcami.

Sześć dni na Teneryfie, pięć lat w Ameryce Południowej, tysiąc miejsc nazwanych jego imieniem – i jeden człowiek, który spojrzał na naturę jak nikt przed nim. Goethe powiedział o nim: „Spędzenie z nim dnia jest jak życie kilku lat… Obsypuje nas prawdziwymi skarbami”.

Humboldt odszedł w 1859 roku – w tym samym roku, w którym Darwin opublikował swoje dzieło. Ale jego duch przetrwał: w każdym ekosystemie, który badamy, w każdej strefie klimatycznej, którą opisujemy, w każdym łańcuchu przyczynowo-skutkowym, który dostrzegamy w przyrodzie. Bo to on nauczył nas patrzeć na świat nie jako na zbiór odizolowanych faktów, ale jako na żywy organizm, w którym wszystko jest połączone.

I choć dziś niewielu pamięta jego imię, ono i tak jest wszędzie.